niedziela, 15 grudnia 2013

Romans, romans...

To będzie pierwszy i ostatni raz, kiedy piszę coś o ROMANSACH. Nie dlatego, że ich nie lubię lub nimi gardzę. Tylko dlatego, że każdy romans jest podobny. Nie ma więc potrzeby opisywania każdego, jaki się przeczyta. Przynajmniej takie jest moje zdanie.

Każdy romans (można sobie podłożyć dowolny tytuł) opiera się w zasadzie na trzech głównych filarach, które autorki modelują według własnych upodobań i potrzeb historii. Skupię się tu przede wszystkim na romansach historycznych. Po pierwsze mamy głównego bohatera. ON zawsze jest przystojny (nawet jeśli ma okropną bliznę, lub inną skazę), zawsze jest bogaty, rzadko kiedy musi się martwić o pieniądze, jeśli już ma się żenić to dla dziedzica, nigdy z miłości (najczęściej jednak w ogóle nie myśli o ożenku, który wówczas jest „wypadkiem przy pracy”) no i naturalnie cieszy się złą sławą uwodziciela. Po drugie panna. Bo to zawsze jest panna (bardzo rzadko wdowa, młoda). Za mąż wyjść chce, a nawet musi, bo inaczej grozi jej smutny los starej panny w wieku 20+. Dlatego zaręcza się z pierwszym lepszym odpowiednim kandydatem, lub czeka na miłość jak z bajki. Trzecim filarem jest zawsze jakieś dziwne wydarzenie, które prowadzi do spotkania obojga lub tajemnica, którą skrywa jedno z nich. Oczywiście osią wydarzeń jest konflikt między bohaterami, ponieważ oboje są uparci.

Losy pary śledzimy przez mniej więcej trzysta stron, na których rozwija się wszystko, głównie z pożądaniem, ale tak to już jest w romansach. Punktem kulminacyjnym jest zwykle wpadka, umowa lub niewyznana miłość jednej ze stron prowadząca do ślubu. Później od tego pięknego dnia wszystko toczy się równym rytmem, aż do wydarzenia które przechyla szalę uczuć i zmusza bohaterów do wyznania swojej miłości (którą oboje czują mniej więcej od połowy książki). Wszystko kończy się Happy Endem.

Jak widać konstrukcja jest prosta, ale właśnie ona sprawia, że czytamy romanse. Czytamy i przeżywamy, że jak to on jej nie kocha? Jak ona go zmieni? Kiedy w końcu wyznają sobie miłość? Tak jest za każdym razem. Strona za stroną, tytuł za tytułem powiększa się lista przeczytanych historii romantycznych, do których się nie przyznajemy. Nie oszukujmy się. Romans historyczny czy współczesny nie jest literaturą wymagającą. Nie musimy się nawet zastanawiać kto jest mordercą, ponieważ taki rzadko się zdarza, a nawet jeśli, to i tak autorka zdradzi nam kto nim jest. Opinia ta nie dotyczy przeważnie klasyki gatunku: „Dumy i uprzedzenia”, „Między ustami a brzegiem pucharu” czy wielu innych. Klasyka broni się sama. Klasykę się ekranizuje. Klasyką się wszyscy zachwycają.

Ja czytam nie tylko klasykę, z romansów wybieram właśnie te historyczne. Traktuję je jako rozrywkę, bo tym w założeniu mają być. Jednak nie chodzę i głośno nie chwalę się, że na mojej półce stoją książki z tego gatunku. Nie wstydzę się tego co czytam, ale nie czuję potrzeby mówienia o tym głośno (blog jest wyjątkiem i na tym poprzestanę).

Pozostaje więc odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego sięgamy po literaturę tego typu?

Cóż wydaje mi się, że z całkiem błahego powodu. Otóż każdy chce przeżyć taką miłość, pełną niewiadomych i ukrytych uczuć, które ujawniają się w niezwykłym momencie. Że istnieje, może nie do końca idealny, książę jak z bajki. Trudno nie zgodzić się z faktem, że „w romansach wszystko jest łatwiejsze, bo wiadomo, że zawsze, choćby nie wiadomo co, wszystko dobrze się skończy. W prawdziwym życiu rzadko tak bywa.” (Katee Robert, Szczęśliwa zmiana)

Noelle