Są książki, na które czekamy z niecierpliwością. Dla mnie była to najnowsza książka Dana Browna, jest on bowiem jednym z moich ulubionych autorów. Inferno, jak wcześniejsze przygody profesora Roberta Langdona, zapowiadało się na wciągającą powieść. Nie mogłam więc powstrzymać się i ona również znalazła się na mojej półce.
Robert Langdon ze wszystkich wspaniałych przymiotów, które przypisuje się bohaterom ma superpamięć. Nie jest to wynik działania sił nadprzyrodzonych, ale wielu lat poświęconych na studiowanie historii, głównie ikonografii. Jego wiedza bardzo często ratuje mu życie, ale jest też przyczyną kłopotów. Inferno bowiem, w odróżnieniu od wcześniejszych powieści, różni się tym, że zastajemy profesora w nietypowych okolicznościach, czego przyczyną jak się początkowo zdaje jest właśnie jego wiedza. Nie będę zdradzać tu fabuły, jednak w trakcie czytania, może się okazać, że nie wszystko jest tak jasne, jak się wydaje.
W tej powieści poznajemy Florencję i najsłynniejsze zabytki. Od razu rzuca się w oczy, że główny bohater ratując życie ma czas podziwiać kunszt włoskich mistrzów, a także przypominać o ich historii, okolicznościach powstania i przeznaczeniu poszczególnych dzieł. Godne podziwu zapełnianie papieru. Oprócz tego większą część fabuły stanowi rozszyfrowywanie wskazówek, które doprowadzić mają do straszliwego wytworu bogatego szaleńca, a które ten ukrył w słynnym dziele Dantego.
Nim książka trafiła w moje ręce trochę o niej poczytałam w Internecie. Jako, że nigdy zbytnio nie przeszkadzał mi styl pisania Browna, nie przejęłam się krytyką. Sześćset stron też mnie nie odstraszyło. Kiedy w końcu znalazłam więcej czasu zabrałam się za czytanie. Za to, że książka mnie wręcz pochłonęła, uwielbiam Browna. Nie przeszkadza mi wiele opisów, nie korzystanie z najnowszych technologii przez bohaterów, że wszystko udaje się dzięki jakiemuś cudowi, ukrytemu przejściu, czy rozpaczliwemu „musi się udać, nie ma innego wyjścia”. Moje oczy prześlizgują się po tekście swobodnie, z ciekawością co będzie na następnej stronie. Czekam aż wydarzy się coś niesamowitego i wiem, że autor mnie nie zawiedzie. I nie zawodzi. Siłą musiałam się odrywać od tekstu, ale i tak ze smutkiem zauważam, że sześćset stron nie jest dla mnie wyzwaniem.
Bilans: dwa wieczory, wypieki na twarzy oraz okrzyk „To
niemożliwe!”
W dwóch słowach – WARTO PRZECZYTAĆ – choćby dla relaksu, a
może książka zainspiruje kogoś do odwiedzenia Florencji, miasta Dantego i wielu
pięknych zabytków.
Noelle
Noelle