poniedziałek, 16 czerwca 2014

Książka na wakacjach

Książki w szkole, książki w domu i najważniejsze KSIĄŻKI NA WAKACJACH !!!

Niedawno dotarł do mnie fakt, że nareszcie mogę czytać to co CHCĘ, niekoniecznie to co MUSZĘ (w końcu zdarza się, że trzeba przeczytać coś bez większej przyjemności i nie ma się co wstydzić, miłość do książek również wystawiana jest na próby). Bez względu na to co stanie się w niedługim czasie, zarówno ja, jak i Siggridie mamy 3 miesiące przerwy od wszystkiego co związane jest z naszą, kochaną uczelnią. Dzięki temu będzie się można zająć naszym - nie ukrywając - zapuszczonym blogiem :). 

Okazuje się, że pisanie o książkach jest trudniejsze niż myślałam. Nie będę się jednak poddawać.

Pierwsza wakacyjna lektura: Wołanie kukułki R. Galbraith. Zapowiada się niezła zabawa :).

Noelle




poniedziałek, 10 marca 2014

Królowa dziewczęcych powieści

Z okazji Międzynarodowego Dnia Pisarza, który był niedawno, będzie o kobiecie, pisarce, która miała bardzo duży wpływ na kształt moje gustu literackiego w wieku nastoletnim i na długi czas zdominowała moje czytelnicze wybory. Mowa tu o nikim innym jak o Lucy Maud Montgomery.

Wszyscy kojarzą ją przede wszystkim z Anią z Zielonego Wzgórza (o której będzie w innym poście) i ja też poznałam ją właśnie dzięki tej książce. Wspomnę w tym miejscu, że była to obowiązkowa lektura, ale ja swój egzemplarz otrzymałam w prezencie mikołajkowym.

Nie chcę rozwodzić się, jakie książki wyszły spod pióra pani Montgomery, powiem tylko że Ania skutecznie rozbudziła moją ciekawość. Nie mogłam nie przeczytać pozostałych części. Później przyszedł czas na serię o Emilce i Sarze, a po nich na wszystko, naprawdę WSZYSTKO - pojedyncze powieści, pamiętniki i wspomnienia samej Montgomery. Nie do pomyślenia dla mnie było, że mogłam coś pominąć. Ostatni, wydany po śmierci autorki, zbiór opowiadań, Ania z Wyspy Księcia Edwarda, sprezentowałam sobie sama.
Nie powiem, żeby książki te zmieniły moje życie, ale wywarły na tyle duże wrażenie, że do dziś wspominam z pewną nostalgią te pensjonarskie skądinąd klimaty. Przygody bohaterów powieści pobudzały moją wyobraźnię i niejednokrotnie poprawiały samopoczucie. Ich pomysły, problemy i rozwiązania wywoływały również niejednokrotnie uśmiech na mojej twarzy.

Określiłam L. M. Montgomery królową dziewczęcych powieści nieprzypadkowo. Ktoś, kto zawładnął moim sercem na wiele lat nie mógł otrzymać innego tytuły. Ponadto każda z powieści emanuje oryginalnością i świeżością, właściwie nie pamiętam, aby coś się powtórzyło, schemat mógł być podobny, ale jak zawsze działało to na korzyść powieści. Dlatego wydaje mi się, że nie było i nie będzie drugiej takiej autorki. Jednocześnie nie chcę krytykować współczesnych powieści dla dziewcząt, ponieważ czasy i gusta się zmieniają.

Noelle

poniedziałek, 3 marca 2014

Ja i HARRY POTTER

Moja przygoda z „Harrym Potterem” nie zaczęła się od zachwytu. Raczej od totalnego niezrozumienia tego fenomenu. Może dlatego, że czytać zaczęłam od drugiego tomu, który mój brat dostał na Mikołaja. Dlaczego drugi? Chyba dlatego, że właśnie go wydano.
Zaczęłam czytać. Moja wyobraźnia, mówiąc kolokwialnie, nie załapała o co chodzi. Nic w tym dziwnego skoro czyta się ciąg dalszy nie znając bohaterów. Nie powiem, czytało mi się ciężko, wręcz się męczyłam (tak męczyłam, bywa że czytanie mnie męczy, jeśli mnie książka nie zainteresuje, a jak może zainteresować skoro nie czyta się od początku?).

Przełom nastąpił w momencie, w którym szkoła zorganizowała wyjście do kina na pierwszą część przygód małego czarodzieja ( wiem, ma być o książkach, ale w tym wypadku film jest niezwykle ważny). Po obejrzeniu i zachwyceniu się filmem, powróciłam do książki. Dzięki ekranizacji pierwszego tomu zapoznałam się z bohaterami i mogłam nadać czytanym słowom jakieś bardziej realne kształty w wyobraźni. Zaczęłam czytać od początku tom drugi i dzięki temu „wsiąkłam” w świat magii na długie lata. Przyszedł też czas na tom pierwszy. Bez obaw.

Później z niecierpliwością oczekiwałam następnych tomów.

Teraz po upływie długie czasu od przeczytania wszystkich siedmiu tomów (więcej niż raz :) ), wiem że ta historia stanowi część mnie. Z całą pewnością mogę stwierdzić, że zawsze utożsamiałam się z Hermioną (książki, nauka, dobre oceny).

„Harry Potter” w moim przypadku jest książką, która wzbudziła wiele emocji, mimo początkowego zniechęcenia. Nie można powiedzieć, że byłam nastawiona negatywnie, ale też się nią, jak już wspomniałam nie zachwyciłam. Na szczęście wszystko się zmienia, odczucia również. Dlatego bardzo się cieszę, że nie rzuciłam w kąt książki tylko dałam jej drugą szansę. Dziś pewnie bym tego żałowała, albo dopiero odkrywała świat stworzony przez autorkę.

Moim zdaniem największą zaletą tych powieści jest PRZYJAŹŃ między bohaterami. W końcu każdy z nas marzy o takiej przyjaźni, która mimo wielu wzlotów i upadków nadal trwa. Że można się nie odzywać przez wiele miesięcy, czy zupełnie się odciąć, a niewidzialna nić dalej będzie nas łączyć z tą drugą osobą.

Kiedy widzę w Internecie obrazek z opisem „Są historie, które zostają z nami na zawsze” wiem, że "Harry Potter" jest taką historią.

Noelle

czwartek, 13 lutego 2014

"Inferno"

Są książki, na które czekamy z niecierpliwością. Dla mnie była to najnowsza książka Dana Browna, jest on bowiem jednym z moich ulubionych autorów. Inferno, jak wcześniejsze przygody profesora Roberta Langdona, zapowiadało się na wciągającą powieść. Nie mogłam więc powstrzymać się i ona również znalazła się na mojej półce.
Robert Langdon ze wszystkich wspaniałych przymiotów, które przypisuje się bohaterom ma superpamięć. Nie jest to wynik działania sił nadprzyrodzonych, ale wielu lat poświęconych na studiowanie historii, głównie ikonografii. Jego wiedza bardzo często ratuje mu życie, ale jest też przyczyną kłopotów. Inferno bowiem, w odróżnieniu od wcześniejszych powieści, różni się tym, że zastajemy profesora w nietypowych okolicznościach, czego przyczyną jak się początkowo zdaje jest właśnie jego wiedza. Nie będę zdradzać tu fabuły, jednak w trakcie czytania, może się okazać, że nie wszystko jest tak jasne, jak się wydaje.

W tej powieści poznajemy Florencję i najsłynniejsze zabytki. Od razu rzuca się w oczy, że główny bohater ratując życie ma czas podziwiać kunszt włoskich mistrzów, a także przypominać o ich historii, okolicznościach powstania i przeznaczeniu poszczególnych dzieł. Godne podziwu zapełnianie papieru. Oprócz tego większą część fabuły stanowi rozszyfrowywanie wskazówek, które doprowadzić mają do straszliwego wytworu bogatego szaleńca, a które ten ukrył w słynnym dziele Dantego.

Nim książka trafiła w moje ręce trochę o niej poczytałam w Internecie. Jako, że nigdy zbytnio nie przeszkadzał mi styl pisania Browna, nie przejęłam się krytyką. Sześćset stron też mnie nie odstraszyło. Kiedy w końcu znalazłam więcej czasu zabrałam się za czytanie. Za to, że książka mnie wręcz pochłonęła, uwielbiam Browna. Nie przeszkadza mi wiele opisów, nie korzystanie z najnowszych technologii przez bohaterów, że wszystko udaje się dzięki jakiemuś cudowi, ukrytemu przejściu, czy rozpaczliwemu „musi się udać, nie ma innego wyjścia”.  Moje oczy prześlizgują się po tekście swobodnie, z ciekawością co będzie na następnej stronie. Czekam aż wydarzy się coś niesamowitego i wiem, że autor mnie nie zawiedzie. I nie zawodzi. Siłą musiałam się odrywać od tekstu, ale i tak ze smutkiem zauważam, że sześćset stron nie jest dla mnie wyzwaniem.
Bilans: dwa wieczory, wypieki na twarzy oraz okrzyk „To niemożliwe!”


W dwóch słowach – WARTO PRZECZYTAĆ – choćby dla relaksu, a może książka zainspiruje kogoś do odwiedzenia Florencji, miasta Dantego i wielu pięknych zabytków.

Noelle

niedziela, 15 grudnia 2013

Romans, romans...

To będzie pierwszy i ostatni raz, kiedy piszę coś o ROMANSACH. Nie dlatego, że ich nie lubię lub nimi gardzę. Tylko dlatego, że każdy romans jest podobny. Nie ma więc potrzeby opisywania każdego, jaki się przeczyta. Przynajmniej takie jest moje zdanie.

Każdy romans (można sobie podłożyć dowolny tytuł) opiera się w zasadzie na trzech głównych filarach, które autorki modelują według własnych upodobań i potrzeb historii. Skupię się tu przede wszystkim na romansach historycznych. Po pierwsze mamy głównego bohatera. ON zawsze jest przystojny (nawet jeśli ma okropną bliznę, lub inną skazę), zawsze jest bogaty, rzadko kiedy musi się martwić o pieniądze, jeśli już ma się żenić to dla dziedzica, nigdy z miłości (najczęściej jednak w ogóle nie myśli o ożenku, który wówczas jest „wypadkiem przy pracy”) no i naturalnie cieszy się złą sławą uwodziciela. Po drugie panna. Bo to zawsze jest panna (bardzo rzadko wdowa, młoda). Za mąż wyjść chce, a nawet musi, bo inaczej grozi jej smutny los starej panny w wieku 20+. Dlatego zaręcza się z pierwszym lepszym odpowiednim kandydatem, lub czeka na miłość jak z bajki. Trzecim filarem jest zawsze jakieś dziwne wydarzenie, które prowadzi do spotkania obojga lub tajemnica, którą skrywa jedno z nich. Oczywiście osią wydarzeń jest konflikt między bohaterami, ponieważ oboje są uparci.

Losy pary śledzimy przez mniej więcej trzysta stron, na których rozwija się wszystko, głównie z pożądaniem, ale tak to już jest w romansach. Punktem kulminacyjnym jest zwykle wpadka, umowa lub niewyznana miłość jednej ze stron prowadząca do ślubu. Później od tego pięknego dnia wszystko toczy się równym rytmem, aż do wydarzenia które przechyla szalę uczuć i zmusza bohaterów do wyznania swojej miłości (którą oboje czują mniej więcej od połowy książki). Wszystko kończy się Happy Endem.

Jak widać konstrukcja jest prosta, ale właśnie ona sprawia, że czytamy romanse. Czytamy i przeżywamy, że jak to on jej nie kocha? Jak ona go zmieni? Kiedy w końcu wyznają sobie miłość? Tak jest za każdym razem. Strona za stroną, tytuł za tytułem powiększa się lista przeczytanych historii romantycznych, do których się nie przyznajemy. Nie oszukujmy się. Romans historyczny czy współczesny nie jest literaturą wymagającą. Nie musimy się nawet zastanawiać kto jest mordercą, ponieważ taki rzadko się zdarza, a nawet jeśli, to i tak autorka zdradzi nam kto nim jest. Opinia ta nie dotyczy przeważnie klasyki gatunku: „Dumy i uprzedzenia”, „Między ustami a brzegiem pucharu” czy wielu innych. Klasyka broni się sama. Klasykę się ekranizuje. Klasyką się wszyscy zachwycają.

Ja czytam nie tylko klasykę, z romansów wybieram właśnie te historyczne. Traktuję je jako rozrywkę, bo tym w założeniu mają być. Jednak nie chodzę i głośno nie chwalę się, że na mojej półce stoją książki z tego gatunku. Nie wstydzę się tego co czytam, ale nie czuję potrzeby mówienia o tym głośno (blog jest wyjątkiem i na tym poprzestanę).

Pozostaje więc odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego sięgamy po literaturę tego typu?

Cóż wydaje mi się, że z całkiem błahego powodu. Otóż każdy chce przeżyć taką miłość, pełną niewiadomych i ukrytych uczuć, które ujawniają się w niezwykłym momencie. Że istnieje, może nie do końca idealny, książę jak z bajki. Trudno nie zgodzić się z faktem, że „w romansach wszystko jest łatwiejsze, bo wiadomo, że zawsze, choćby nie wiadomo co, wszystko dobrze się skończy. W prawdziwym życiu rzadko tak bywa.” (Katee Robert, Szczęśliwa zmiana)

Noelle